Polska wersja English version Russian version Deutsche Version Espanol

Moja strona

Wstęp
O mnie
Aktualności
Pomoc
Kontakt
Listy Pani Wandy

Sklep

Sklep internetowy


Kontakty z klientami


Symptomy
Najczęściej zadawane pytania
Wypowiedzi klientów
List od duchów
Inna literatura
Lista mailingowa
Polecamy filmy
Poleć tę stronę
Opinie zamieszczone na stronie
Wydawnictwo Centrum
Rozwój duchowy

Wykłady Wandy Prątnickiej

Nowa książka Wandy Prątnickiej!




Zapoznaj się ze szczegółami
pierwszej książki
Wandy Prątnickiej

Drukuj: "Choroby psychiczne"wydrukuj: choroby


Choroby

Gdy człowiek umiera wskutek jakiejś choroby, to śmierć automatycznie go od niej nie uwalnia. Po śmierci choruje nadal, jak za życia. Umierając pozostawia wprawdzie ciało fizyczne w grobie, ale zabiera ze sobą wszystkie inne ciała, również to w którym zapisana jest jego choroba. Dopiero z chwilą przejścia na drugą stronę kurtyny śmierci poddawany jest uzdrowieniu. Ta, nazwijmy ją kwarantanna, trwa tak długo, jak wymaga tego stan człowieka. Jeżeli stan psychiczny wymaga dłuższego czasu, taki jest mu dany, aż do pełnego wyzdrowienia. Jest to traktowane indywidualnie, w zależności od potrzeby danej jednostki. Dzieje się tak tylko w przypadku, jeżeli przechodzimy na drugą stronę kurtyny śmierci. Jeżeli człowiek z jakichś przyczyn nie decyduje się przejść do Światła, pozostaje w świecie duchów z wszystkimi psychicznymi i fizycznymi dolegliwościami. Choroba, będąca przyczyną zgonu, jak za życia nadal w nim istnieje. Będzie tak długo mu doskwierała, jak długo będzie egzystował po tej stronie kurtyny śmierci. Gdyby przeszedł do Światła uleczono by go, pozostając choruje nadal.

Gdy umiera nasz ukochany bliski, który długo i ciężko chorował, jest nam niezmiernie żal. Chcielibyśmy, żeby został z nami jak najdłużej. Obawiamy się, że możemy go nigdy więcej nie zobaczyć. Wprawdzie nie jest to prawda, ale w takiej chwili nie bardzo chcemy o tym wiedzieć, ani pamiętać. W końcu nadchodzi chwila jego śmierci. Jest nam bardzo źle, nasze serce krwawi z rozpaczy i często nie jesteśmy w stanie go od siebie puścić. Niejednokrotnie zdarza się, że chcielibyśmy umrzeć razem z ukochaną osobą. W takiej chwili jesteśmy obolali i na wszystko obojętni, nie mamy zdrowego oglądu rzeczy i instynktu samozachowawczego. Jest to bardzo istotna chwila, stanowiąca o dalszych losach odchodzącej duszy i nas samych. Dlaczego? Składa się na to kilka powodów. Jednym z nich jest fakt, że kurczowo się tej duszy trzymamy, nie chcemy jej puścić, a ona nie mogąc się uwolnić i odejść, będzie zmuszona pozostać.(...)

Wielu nie miałoby nic przeciwko temu, żeby bliski zmarły w nich wniknął. W pierwszej chwili są szczęśliwi, czują obecność zmarłego, rozmawiają z nim, chcą go przy sobie zatrzymać jak najdłużej.(...)

Kiedy duch wniknie w nas lub kogoś z domowników, jest to w pierwszym momencie prawie niezauważalne. Może trochę zmienić się nasz charakter, ale ponieważ ciągle myślimy o zmarłym wcale tego nie zauważamy. Prędzej otoczenie może spostrzec, że się zmieniliśmy, że coś jest z nami nie tak. My zauważymy to na samym końcu, o ile w ogóle przyjdzie nam to do głowy. Nawet gdyby wszyscy wokoło nam o tym mówili, to będziemy zaprzeczać a duch nam w tym pomoże. Tak naprawdę to on będzie zaprzeczał, poddawał w wątpliwość to co mówią inni. Odbywa się to tylko w naszej psychice. Z czasem będziemy coraz bardziej wątpili w to, co powiedzą inni. Co zresztą mogą nam powiedzieć najbliżsi? Że jest w nas np. nasz zmarły dziadek? On wie, że żyje nadal, chociażby naszym życiem, więc musi wszystkiemu zaprzeczyć. Nie jest to kwestia złośliwości ducha, chociaż i tak się zdarza, lecz spojrzenie na sprawę z dwóch różnych punktów widzenia. Dla nas duch nie żyje, co dla niego oczywiście jest nieprawdą. Dlatego też będzie usilnie zaprzeczał.
Przejawy charakteru ducha mogą zostać zatuszowane, ale jeżeli przed śmiercią chorował na jakąś chorobę, u nas zaczną pojawiać się podobne symptomy. Lekarze często nazywają taką przypadłość skłonnościami rodzinnymi, czy dziedzicznością. Choroby te dlatego uważane są za rodzinne, bo na serce chorowała załóżmy babcia a po śmierci nie odeszła na tamtą stronę i wniknęła w swoją córkę. Ta bardzo chętnie przyjęła matkę, przez co sama zaczęła chorować na serce i szybko umarła. Teraz z kolei syn zachorował na serce. Jeżeli będziemy patrzyli na ten łańcuch zdarzeń z punktu widzenia medycyny tradycyjnej, może nas zadowolić wytłumaczenie, że to choroba dziedziczna. Jeżeli jednak przyjrzymy się sprawie dokładniej, dostrzeżemy że wcale dziedziczną nie jest. Rodzaj choroby nie ma tu oczywiście znaczenia.(...)

Jeden z braci bliźniaków zachorował na raka. Był to młody, nadzwyczaj przystojny mężczyzna, serce się krajało patrzeć, jak w szybkim tempie umiera. Choroba trwała niecałe pół roku. Wiosną został powołany do wojskowej kompanii reprezentacyjnej, a przed świętami Bożego Narodzenia już nie żył. Idąc do wojska przeszedł badania, które wykazały, że był całkowicie zdrowy. Kiedy zwrócono się do mnie o pomoc, był już po kilku operacjach, znajdował się w ostatnim stadium choroby. Odkryłam, że jej powodem był duch wujka, który nie tak dawno też umarł na raka. Chłopak wyśmiał moją diagnozę, uznał ją za brednie. Sądził, że wujek za życia tak bardzo go lubił, że po śmierci krzywdy by mu nie zrobił. Żadne argumenty nie były w stanie go przekonać. Dla mnie jego postawa była dość zrozumiała, nieraz spotykałam się ze strony pacjentów z tak silnym sprzeciwem. Rodzina jednak szukała we mnie oparcia i ponawiała prośbę o pomoc, tym bardziej, że za każdym razem kiedy odprowadzałam wujka, stan zdrowia pacjenta poprawiał się w radykalny sposób. Zauważali to też lekarze w szpitalu i dziwili się skąd brały się w nim takie zmiany? - raz zdrowie, raz choroba. Pewnie dałoby się chłopca uratować, gdyby i on tego pragnął. Nie znaczy to, że pragnął śmierci. Chciał żyć, ale w tej trudnej dla niego sytuacji szukał bezpieczeństwa nie tam, gdzie trzeba. Zamiast oddać się w ręce Boga, oddał się w ręce ducha wujka. Gdy odprowadzałam wujka, on na powrót go do siebie ściągał. Nie potrafił uwierzyć w życie, w wyzdrowienie i zawsze, gdy ból się nasilał na cały głos wołał: "Wujku pomóż!". Rodzina, która siedziała przy nim dzień i noc, próbowała go od tego powstrzymać. W różny sposób przekonywali go, żeby tego nie robił. Brat bliźniak najszybciej z całej rodziny zrozumiał, o co w tym wszystkim chodzi i najbardziej zaangażował się w pomoc bratu. Niestety chłopca nie udało się uratować. Umarł.
W bardzo krótkim czasie po śmierci zauważono nowotwór u drugiego z bliźniaków. Ten nabrał jednakże doświadczenia podczas choroby brata i natychmiast zwrócił się do mnie o pomoc. Po dokładnym sprawdzeniu okazało się, że wniknął w niego dopiero co zmarły brat a razem z nim wujek. Mimo, że bardzo cierpiał i tęsknił po śmierci brata, nie spieszno mu było na tamten świat. Bardzo chciał żyć i posłusznie robił wszystko, o co prosiłam. Nie tylko nie przeszkadzał, ale sam przekonywał duchy, żeby od niego odeszły i zostawiły go w spokoju. One jednak uparcie chciały go zabrać do swego świata. Wyraźnie było widać, kiedy duchy odchodziły a kiedy wracały, bo guz, tak jak u brata bliźniaka, raz się pojawiał a po odprowadzeniu duchów szybko znikał. Taki stan trwał kilka tygodni, duchy coraz rzadziej wracały, aż pewnego dnia nie wróciły w ogóle. Mimo, że była to ta sama choroba brat nie poszedł w ślady zmarłego. Chociaż lekarze bardzo nalegali, nie przechodził operacji i naświetleń, pomimo, że jego choroba rozwijała się równie szybko jak u brata. Przeciwstawił się duchom i wygrał, bo wiedział, że jego problemem jest nawiedzeniem przez chore duchy. Nie znaczy to, że nie kochał brata czy wujka. Bardzo ich kochał, ale nie chciał w tak młodym wieku umierać. Poza tym zdawał sobie sprawę, że najprawdopodobniej byłby powodem choroby a nawet śmierci następnej żyjącej osoby. Zwyciężył nie tylko dla siebie, chociaż to on był najważniejszy, ale również dla rodziny i nawiedzających go duchów.
Gdyby nie udało się uratować drugiego brata, uznano by i ten przypadek choroby jako dziedziczny i z niepokojem zastanawiano się, kto będzie następną ofiarą. W swojej praktyce miałam wiele przypadków podważających teorię chorób dziedzicznych. To, że choroba atakuje kilku członków rodziny nie musi oznaczać, że jest chorobą dziedziczną. Po odprowadzeniu duchów może odejść raz na zawsze. Nie chcę jednak dawać złudnej nadziei tam, gdzie jej dać nie można i dlatego mówię całkiem jasno, że nie każda choroba jest spowodowana przez duchy. Bywa i tak, że odprowadzi się wszystkie duchy nawiedzające rodzinę, a choroba nadal atakuje. Chory i jego rodzina mogą poczuć się rozczarowani. Należy jednak wziąć pod uwagę, że chory i tak jest w dużo lepszej sytuacji niż poprzednio. Jest wolny od duchów, ma więc dużo więcej energii do zwalczania choroby. Przedtem wyglądało to tak, że chory walczył z chorobą, dźwigając jednocześnie na sobie jednego lub kilkoro duchów, którzy bez przerwy czerpali z niego energię. Teraz wprawdzie walczy nadal z chorobą, ale jest wolny od dodatkowego ciężaru. (...)

Gdy jesteśmy całkowicie zdrowi, duchy nie mają do nas dostępu, gdy jednak pozwolimy wniknąć choćby jednemu, to następne mają już otwartą drogę. Może ich być mnóstwo. Wspominałam, że gdy duch za życia na coś chorował, to teraz opętany przez niego człowiek będzie chorował na to samo. W ten sposób w jednym człowieku może zagnieździć się wiele chorób. Jedne duchy mogą być silniejsze od drugich, tak jak to bywa z ludźmi za życia. Gdy duch przejmuje kontrolę nad ciałem człowieka, razem z tą dominacją objawia się też choroba. Może być tak, że wewnątrz człowieka toczy się nieustanna walka o to, kto ma rządzić jego ciałem. W takiej sytuacji raz jeden duch jest u władzy, a raz inny. Człowiek może nie zdawać sobie z tego sprawy, ale otoczenie zazwyczaj zauważa, że ten sam osobnik raz jest milczkiem, a raz wesołkiem, by innym razem wpaść w gniew. Mówimy, że taki człowiek ma zmienne nastroje. Gdy zdarzają się nam one często lub nie umiemy nad nimi zapanować, to jest to powodem, dla którego warto zastanowić się, czy nie opętały nas duchy.(...)


Choroby psychiczne

Zdarza się, że normalnie funkcjonujący człowiek nagle, z godziny na godzinę, przestaje wiedzieć kim jest, co mówi, co robi, widzi zjawy, słyszy głosy. Może czuć, że jest dotykany, zmuszany do różnych rzeczy, mieć natręctwa. Może dostrzegać na swoim ciele zadrapania lub rany, nieznanego pochodzenia. Może być świadom momentu zranienia, widzieć płynącą krew i odczuwać ból, pomimo że znajduje się z dala od ostrych przedmiotów. Człowiek, który dotąd był aktywny, towarzyski, wesoły może się nagle stać zamknięty w sobie, może być trudno nawiązać z nim kontakt, on sam może zacząć miewać samobójcze myśli. Albo odwrotnie: spokojny dotąd człowiek staje się agresywny, gotowy w jednej chwili wszystko zniszczyć, czasami nawet zabić. Jego oczy zieją nienawiścią nawet w kierunku tych, których kochał. Kulturalny dotąd człowiek nagle staje się wulgarny, obrzuca obelgami ludzi bez żadnej przyczyny - w tramwaju, sklepie, kościele, na ulicy. Może wszędzie czuć jakiś zapach od przyjemnego do straszliwego odoru. Albo otoczenie może zacząć czuć od niego przykry zapach, mimo że nieustannie się myje.
Wymienione symptomy nie występują oczywiście u jednego człowieka jednocześnie, chociaż i tak może się zdarzyć. Objawy te mogą być dla nawiedzonego ledwie zauważalne, ale za to bardzo widoczne dla otoczenia lub na odwrót. Mogą być dokuczliwe, bardzo przeszkadzające w normalnym funkcjonowaniu, a nawet mogą je uniemożliwiać, za to zupełnie nie odczuwalne dla innych. Taki człowiek, będąc wśród ludzi może słyszeć, widzieć lub czuć coś bardzo wyraźnie, czego nikt inny nie słyszy, nie widzi i nie czuje, mimo, że dla niego subiektywnie sygnały te są o bardzo silnym natężeniu. Lekarze zaklasyfikowaliby takie zachowanie czy stan jako objaw schizofrenii lub innej choroby psychicznej. Tego rodzaju ludzi powszechnie uważa się za wariatów. Gdy objawy nasilają się lub zagrażają społecznemu bezpieczeństwu, zamyka się ich w szpitalach psychiatrycznych. Symptomy te oraz wiele innych, których nie wymieniłam są wyraźną wskazówką na obecność duchów w człowieku.

Przy każdej chorobie psychicznej występują objawy podobne do tych, które wymieniłam powyżej. Przyszła mi do głowy myśl, że skoro istnieje zbieżność objawów, to może i ich przyczyna jest taka sama. Przypadki chorych psychicznie, którym pomagałam utwierdziły mnie w przekonaniu, że rzeczywiście tak jest. Zebrałam ich kilka tysięcy, wszystkie są do siebie bardzo podobne. Z wieloletniego doświadczenia wiem, że prawie każda choroba psychiczna powstaje wtedy, gdy nawiedzony człowiek daje się nie tylko opętać, ale oddaje też duchowi swoje ciało i umysł w całości, poddając się jego woli. W każdym przypadku wygląda to oczywiście inaczej. Bywa, że człowiek przez chwilę jest sobą, potem zupełnie kimś innym, a potem znów sobą. Momenty, w których jest "kimś innym" nie są przez chorego ani zauważane ani też ich on nie pamięta. Umysł człowieka można porównać do działania komputera. Informacje z okresu pobytu ducha w chorym zapisane są na dysku twardym ducha a nie chorego. To trochę tak, jakby chory udzielił sobie urlop od bycia sobą. W tym czasie duch kieruje jego ciałem i umysłem. Stąd bierz się luka w pamięci chorego.
Bywa i tak, że chory co chwilę jest zupełnie kimś innym, a tylko bardzo rzadko sobą. Ma to miejsce wówczas, gdy oddaje on swoje ciało i umysł we władanie wielu różnym duchom. W skrajnych przypadkach duch człowieka może zostać wyrzucony przez duchy z jego własnego ciała i być zmuszony do egzystowania poza nim. Takie przypadki nie są wcale takie rzadkie. Jest to uzależnione od stanu opętania chorego. Duchów, które opętały jedną tylko osobę mogą być setki. W Biblii nazwano ich "Legionem" (Łukasz 8,30). (...)

Aby lepiej zrozumieć rozdwojenie jaźni lub wiele innych chorób psychicznych, zobrazuję to przykładem porównując ciało człowieka do statku na morzu. Zdrowy psychicznie człowiek jest jak kapitan na swoim statku. Steruje nim umiejętnie omijając niebezpieczeństwa, które napotyka. Steruje pewnie, bo wie, że nawet podczas największego sztormu nic mu nie grozi, gdyż czuwa nad nim Bóg. Taki kapitan nie pozwoli niepożądanym pasażerom na wejście na jego statek. Zawsze wie gdzie się znajduje i jaki jest jego kurs.
Istnieje też inny rodzaj kapitanów. Rzadko stają za sterem pozwalając na bezwiedne dryfowanie okrętu po oceanie, zazwyczaj dlatego, że się boją. Pozwalają też nieproszonym pasażerom wchodzić na pokład i robić, co im się podoba. Człowiek chory na schizofrenię jest takim właśnie statkiem wypełnionym pasażerami-duchami, bez kapitana na mostku. Kapitan jako właściciel statku może być przez cały czas rejsu na nim obecny, ale pasażerowie, czyli duchy nie dopuszczają go do steru. Gdy jakiś pasażer dorwie się do steru, ignoruje obecność kapitana i steruje statkiem po swojemu. Bywa, że kapitan nie łapie za ster nawet wtedy, gdy statkiem nie steruje nikt. W skrajnych przypadkach kapitan może zostać wyrzucony za burtę (czyli ze swojego ciała). Pasażerowie-duchy, widząc wolny mostek na własną rękę sterują okrętem, ale i oni po jakimś czasie, z różnych przyczyn porzucają to zajęcie. Czasami bywa, że pasażerowie nic nie wiedzą o obecności kapitana na statku ani o innych pasażerach. Kapitan również może nie domyślać się obecności pasażerów na pokładzie. Każde z nich uważa statek za swoją własność i postępuje według swego uznania. Czasami wszyscy pasażerowie na raz chcą nim kierować i biją się między sobą o władzę. Wtedy to u człowieka, właściciela ciała-statku nasilają się ataki choroby psychicznej. Gdy wśród pasażerów nie ma chętnego do sterowania i kapitan decyduje się wreszcie stanąć za sterem, to zauważamy chwilowe ozdrowienie chorego. Powraca mu świadomość samego siebie i bywa, że zostaje wypisany ze szpitala. Nie jest jednak zdrowy. Duchy nadal w nim przebywają, a tylko na jakiś czas dały sobie urlop od sterowania jego ciałem.
Gdyby taki człowiek wiedział, co jest przyczyną jego problemu, najprawdopodobniej podjąłby walkę. Nic z tym nie robi, gdyż myśli, że jest w sytuacji, na którą nie ma najmniejszego wpływu. Czasami wydaje mu się, że faktycznie zwariował. Jest w wielkim błędzie. Jest to najlepszy moment, aby ten dotąd chory człowiek postanowił raz na zawsze stanąć za sterem jako kapitan statku. Ktoś musiałby mu to jednak uświadomić, mówić mu o tym nie jeden raz lecz powtarzać do skutku. Wtedy chory mógłby odzyskać panowanie nad własnym życiem. (...)

Powodem choroby psychicznej nie jest fakt opętania przez zbyt wiele lub zbyt silnych duchów, ale to, że chory nie wiedząc, co się z nim dzieje, ogromnie się przeraża i poddaje się bez walki. Znam przypadek, gdzie pewnego człowieka opętały setki duchów a ten nadal normalnie funkcjonował, podczas gdy w innego może wniknąć jeden tylko duch, a ten nie będzie mógł sobie ani z nim ani z samym sobą poradzić.
Śmiem twierdzić, że główną przyczyną chorób psychicznych jest niewiedza chorego i jego najbliższych, że ich ciałem i umysłem zawładnęły duchy. Gdyby wiedza ta była ogólnie dostępna, ludzie reagowaliby na nią we właściwy sposób. Nawet gdyby nie wiedzieli, jak ducha odprowadzić, opędzaliby się od niego, jak od natrętnej muchy. Gdy duch nawiedza nieświadomego takich zagadnień człowieka, ten zaczyna się bać nie tylko ducha, ale i wszystkiego, co go otacza. Lękając się oddaje swoje ciało duchowi, nie stawiając wobec niego żadnego oporu. Od tego momentu zaczyna się czuć inaczej niż dotychczas i nie mogąc zrozumieć, jaka jest tego przyczyna zaczyna się bać coraz bardziej. Wtedy przyciąga do siebie następne duchy w myśl zasady: "Czego się boimy to sobie to przyciągamy". Wkrótce boi się już wszystkiego, nawet samego lęku. Najbardziej boi się zaś tego, że to, co przeżywa jest tylko wytworem jego wyobraźni. W rezultacie dochodzi do wniosku, że zwariował. I wariuje według zasady: "Rzeczywistością jest dla mnie to, w co wierzę". Człowiekowi, którego próbują opętać duchy można zatem pomóc już nawet tym, że daje się wiarę w to, co mówi. Słyszysz głosy? Masz rację, nie przesłyszałeś się. Masz prawo słyszeć głosy duchów. Widzisz coś? Nie zwariowałeś, ja co prawda tego nie widzę, ale ty masz prawo widzieć, pewnie jesteś bardziej medialny itd. (...)

ZAMÓW KSIĄŻKĘ


Choroby psychiczne
Umieść tutaj swoją opinię
Email lub pseudonim
Oceń jakość portalu: pozytywna neutralna negatywna


03.05.2008 Napisał użytkownik teana
Szukam pani pomocy, bo już nie daję sobie rady, a wszystko, co pani właśnie opisuje dotyczy mnie i... nie wiem, co robić, nie mam już siły walczyć. Wiele prób samobójczych mam za sobą i lekarze nie są w stanie mi pomóc.
13.05.2007 Napisał użytkownik ewa
To niezwykle ciekawe zjawisko zostało bardzo pięknie i przystępnie przez Panią opisane. W mojej rodzinie często występują choroby psychiczne. Moja matka jest chora, zawsze o niej myślałam, że jest opętana. Bardzo agresywna i całkowicie zagubiona. Medycyna jest dla niej bezradna, ale i tak nie sposób nakłonić ją do leczenia.
Ma większość opisanych objawów. Czy mogę coś dla niej zrobić, ma 77 lat? Dziękuję, że Pani to wszystko tak pięknie napisała, a ja mogłam przeczytać.
Pozdrawiam Ewa
02.09.2006 Napisał użytkownik daniel
Bardzo ciekawie napisane, mało czytam, ale to mnie wciagneło. Szkoda że nie ma tak całej książki, no ale nic, jak na razie tym się pocieszę, co jest.

Odpowiedź z Biura Wandy Prątnickej:

Większość bibliotek w kraju posiada co najmniej jeden egzemplarz książki Pani Wandy.
Jeżeli zauważyłeś błedy na stronie wyślij email

Artykuły na mój temat

Feniks
Wróżka
Czwarty wymiar
Gwiazdy mówią
Czytaj z Kreatorem
Strzeż się duchów
Uwaga! Duchy kłamią
Nowe artykuły Najnowsze artykuły

Fragmenty książki

Wprowadzenie
Spis treści
Iluzja śmierci
Śmierć i co potem
Gdy dusze pozostają
Jaki ma to na nas wpływ
Choroby
Zmiany nastrojów
Fobie, natręctwa, lęki
Samobójstwa
Wywoływanie duchów
Nałogi
Nawiedzone domy
Z życia wzięte
Depresja
Lęk
Czy szatan istnieje?
Egzorcyzmy a Kościół
Recenzje książki
Darowizna





Nowa książka
Wandy Prątnickiej
już dostępna!



Wybierz język